2012|04|28

XIII Konferencja ds. Handlu i Rozwoju

Dr Marek Bańczyk występował w roli eksperta na UNCTAD XIII w Doha (Katar), w ramach Programu Kreatywnej Gospodarki ONZ.

2011|10|26

Start Konsorcjum Marki Poznań

Koncepcję projektu opracował Instytut IKER.

2011|04|05

Miasto Poznań super marką

Miasto Poznań otrzymało nagrodę dla najsilniejszej marki w Polsce, marki konsekwentnie budującej wizerunek otwartej i nowoczesnej metropolii.

PUBLIKACJE » [Metropolia] Metromedica

Marek Bańczyk, "Metropolia"
Miasta są jak ludzie. Mają różne charaktery. Jedne rosną szybciej, inne – wolniej. Są miasta-fuksiarze i miasta-ofermy życiowe. Tak jak i ludzi, toczą je choroby. Od A do Z. Od anemii z anoreksją po zupełną zapaść.
Badaniem metropolii przez pryzmat cech ludzkich zajmuje się analiza antropolitalna, specjalny dział glometropologii. Glometropologia, dawniej zwana metageografią ekonomiczną, to z kolei nauka o sieciowych metropoliach światowych, ich typologiach i interakcjach, będąca syntezą urbanistyki, makroekonomii, geografii, marketingu, prawa, nauki o systemach i kilku innych dyscyplin. Nigdy nie słyszeliście?
Ja też nie. Terminy: analiza antropolitalna i glometropologia właśnie wymyśliłem. Ale równie dobrze pojęcia te mogłyby istnieć, bo opisywane przez nie zjawiska istnieją. Badanie rozwoju miast rzeczywiście wymaga łączenia różnych dyscyplin, choć jest tak od dość niedawna, od czasów ery globalnej. Natomiast porównywanie miast do ludzi ma długie tradycje. Widać je też gołym okiem i słychać gołym uchem w dzisiejszej popkulturze. Biedny, samotny Anthony Kiedis z Red Hot Chili Peppers w superhicie lat dziewięćdziesiątych „Under The Bridge” urokliwie wzdycha do mieściny Los Angeles. Umizguje się do niej, nazywa swoją jedyną przyjaciółką. Znacznie odważniej idzie Maria Peszek, która na płycie „Miastomania” nie dość, że pieprzy miasto Warszawę, to na dodatek robi to „czule”. Ponieważ normalni ludzie pieprzą (zwłaszcza – pieprzą czule) wyłącznie ludzi, uważam Marię Peszek za chodzący (a także – śpiewający i pieprzący) popkulturowy dowód na słuszność założeń analizy antropolitalnej. Czy miasto pieprzy Marię Peszek równie czule – nie wiem, bo trudno mi powiedzieć, czy miasta pieprzą i czują jak ludzie. Na pewno jednak – chorują jak ludzie.
CZAS NA EKG
Gdy komórki ulegają zorganizowanej degeneracji, a tkanka rozrasta się, zagrażając w końcu organom i całemu ciału, mówimy o raku. Ten sam proces pożera tkanki miasta w postaci slumsów. Odpowiednikiem choroby wrzodowej są z kolei ogniska przestępczości. Na artykuły o nich jeszcze przyjdzie czas. Polskie miasta i Poznań w szczególności trapi też choroba mniej spektakularna, ale bardziej uciążliwa. Ta choroba to wymieranie centrów. Nie jest tak widoczna jak slumsowy nowotwór i, choć sprzyja powstawaniu wrzodów przestępczości, zaczyna się raczej niewinnie. To głównie przez centrum poznaje się duszę miasta. I w nocy, i w dzień. Widzi się, na ile sposobów można tam spędzić czas. Ilu ludzi tam pracuje, mieszka, odstawia uliczne sztuczki lub po prostu przechodzi. Do ilu i jakich muzeów można wejść lub nawet nie trzeba, bo to one wychodzą w przestrzeń publiczną. Gdzie można zobaczyć grający na żywo zespół jazzowy, gdzie orkiestrę kameralną, gdzie wysłuchać kantaty, a gdzie popatrzeć na erotyczną rewię w dobrym stylu. Zauważa się, ilu gońców biega ze świeżymi gazetami i ilu ludzi wpada do kawiarenek przed pracą, w trakcie lub po niej. Tak bije serce miasta. Takim rytmem tętnią główne ulice. Nieprzypadkowo takie ulice nazywamy arteriami. Tłoczą w miasto życie jak tętnice świeżą krew. Jeśli organizm jest zdrowy, arterie wyglądają tak, jak Orchard Road w Singapurze, Oxford Street w Sydney, Las Ramblas w Barcelonie czy chociażby Karl Johans Gate w Oslo.
CARDIOASTHENIA POLONICA, ANAEMIA POSNANIENSIS
Polskie miasta cierpią w zdecydowanej większości zaawansowane niedociśnienie i bradykardię. Życia w nich mało, a serce bije zbyt wolno. Powiecie – w Warszawie czy Wrocławiu największą bolączką dnia codziennego są korki miejskie. Skoro są korki, to musi się wiele dziać. Nieprawda. Korki uliczne nie wynikają z tego, że tak wiele na ulicy się dzieje, tylko z tego, że układ krążenia miasta w ogóle szwankuje. To, że szwankuje (mimo, że dzieje się niewiele), rokuje niedobrze. Zaczopowana tętnica nie świadczy o tym, że ktoś jest w ogóle pełen życia i energii. Świadczy tylko o problemie naczyniowym. Polskie miasta mają już blaszki miażdżycowe, mimo że nie mają nadciśnienia.
Poznań nie wygląda pod tym względem dobrze, ale na pierwszy rzut oka nie wygląda najgorzej. W porównaniu z innymi miastami, układ krążenia działa u nas poprawnie, nasza komunikacja notuje często zapaści, jednak póki co, unika zawału. Ciśnienie i tętno miasta mamy w zasadzie liche, ale istnieją umiarkowanie budujące wyjątki. Stary Rynek koncentruje rekordową liczbę pubów i knajp, a jego puls wieczorem, zwłaszcza w weekendy, wyraźnie przyspiesza. Spektrum rozrywek na Starym nie jest zbyt szerokie, mało jest miejsc dużych i wyspecjalizowanych, ale na tle ogólnego marazmu, a także w porównaniu z posuchą sprzed 10-15 lat można powiedzieć, że miasto w weekendowe noce potrafi nabrać wigoru. Za dnia natomiast żyje głównie trakt Stary Browar – Kupiec Poznański. I to też – raczej od niedawna. Jednocześnie, ścisłe centrum, takie jak okolice Św. Marcina, Okrąglaka, 27 Grudnia pulsuje słabo i nieregularnie. Krew się raczej sączy niż uderza. O ładnie odnowionym Placu Wolności wiele mądrego już napisano. Podążając tropem antropolitalnym dodam tylko, że gdy pacjent cierpi na słabość sercowo-naczyniową, farbowanie włosów na klatce piersiowej niewiele mu pomoże. Serce naszego miasta bije niemrawo. Cierpimy też na anemię. Brakuje świeżej krwi – nowych ludzi i idei. Turystów ściągamy do Poznania niewielu, mimo że całkiem niedawno województwo wielkopolskie potrafiło być na drugim miejscu (po mazowieckim, a przed np. małopolskim) pod względem liczby przyjazdów turystów z zagranicy. Z kolei dotychczasowi mieszkańcy wyprowadzają się z Poznania szybciej niż nowi się wprowadzają. Chudnie nam centrum, tężeje suburbium. I co z tego? Dobrze to czy źle? I dobrze, i źle. Naraz.
GĘSTOŚĆ TKANEK: MANHATTAN 3000 P.N.E.
Nic nas do centrum nie ciągnie, bo jest słabe, a jest słabe również dlatego, że nas tam nie ma. Na dodatek mamy mały odsetek ludzi zatrudnionych w usługach profesjonalnych dla firm, czyli białych kołnierzyków, które są tradycyjnymi bywalcami i odbiorcami usług centrum. Miasto traci i duszę, i ciało. Niedokrwioną tkankę ogarnia martwica. A gdy ogarnia martwica, trudno ją dotlenić. Serce jest zbyt słabe, by pompować krew i żywić tkanki włącznie z sobą samym, a im jest gorzej ukrwione, tym jest słabsze i tym bardziej nie może ukrwić tkanek, i tak dalej. Kolejny raz wraca do naszych rozważań mechanizm sprzężenia zwrotnego. Miasto potrzebuje zwartej zabudowy wielofunkcyjnego centrum, bo to właśnie jest jego istota. Po to się miasta tworzyły. Symbol pradawnej metropolitalności, miasto Ur sprzed 5 tysięcy lat miało niezwykle gęstą zabudowę, mimo że według naszych standardów liczby ludności byłoby co najwyżej miasteczkiem powiatowym (24 tysiące mieszkańców). Gęstość zabudowy wymusza z kolei pięcie się w górę, tworzy się miasto wertykalne. Tak było i w Babilonie, i w miastach azteckich (Tenochtitlan). Manhattan nie jest fenomenem współczesności. Cokolwiek by zaś nie powiedzieć o wadach i zaletach wysokiej zabudowy, wertykalne centrum miasta niewątpliwie inspiruje.
MIEJSKI ODCIEŃ ANOREKSJI
Metropolia to jednak wiele wyspecjalizowanych funkcji i nie wszystkie można oraz powinno się upychać w środku. Nie ma prawdziwych metropolii bez silnego suburbium. Silnego, dostatniego i rozwijającego się w symbiozie z miastem głównym w prawdziwym zespole metropolitalnym. Gdzie indziej mamy serce, gdzie indziej mózg, nerki czy inne ważne dla przetrwania gatunku organy. W tym sensie odpływ ludzi na pewnym etapie życia z loftu w centrum do domku na przedmieściu jest całkowicie zrozumiały i normalny. Nie powinno to jednak naruszać pewnej równowagi. Co innego jednak być szczupłym, a co innego – cierpieć na anoreksję. Poza tym, Poznań cierpi na anoreksję trochę za wcześnie. Jeszcze nie zdążył odpowiednio utyć i urosnąć, żeby móc sobie pozwolić na tego typu diety.
Anoreksja i bulimia atakowały miasta od zawsze. Największa metropolia czasu antycznego, czyli Rzym z około miliona mieszkańców w okresie świetności skarlała do około 30 tysięcy w zaledwie kilka wieków później. Szacowany na około 400 tysięcy ludzi Nowy Amsterdam starożytności, czyli Kartagina zapadł się w sobie w relatywnie krótkim czasie. Zdarza się też odwrotnie. Szanghaj w 1900 roku miał około 37 tysięcy mieszkańców, by na początku lat 40. dojść do ponad trzech milionów. W latach 1900-1950 liczba mieszkańców Kairu wzrosła kilkukrotnie, osiągając 10 milionów, a jego obszar wzrósł 15-krotnie. Jednocześnie pustoszały centra, a miasta rozrastały się wszerz. Rozwój miasta horyzontalnego jest tradycyjnie łączony ze specyfiką miast amerykańskich, symbolizowaną przez charakter „przedmieściowego z definicji” Los Angeles, w którym w latach 30. domki jednorodzinne stanowiły 93% wszystkich zabudowań mieszkalnych. Pęd ku suburbiom dotyczył również miast australijskich (Sydney, Melbourne) czy najbardziej rozwiniętych metropolii południowoamerykańskich (Buenos Aires). Metropolie europejskie (Frankfurt, Madryt, Londyn) od lat 60. odnotowywały wyraźny odpływ ze ścisłego centrum w kierunku rozłożystych, coraz dalej sięgających przedmieść i okolicznych miejscowości. Nawet Paryż, przez długie lata symbol centralnego podejścia do myślenia o mieście, w ostatnich dekadach również tracił część bogatych mieszkańców centrum, którzy omijając zamieszkane przez imigrancką biedotę tradycyjne przedmieścia, lądowali w końcu na najbardziej zewnętrznym pierścieniu zwanym grande couronne, czyli właściwie na subsuburbium.
HYPERTROPHIA SUBURBANA ALBO ZAGRILLOWANI NA ŚMIERĆ
Suburbianizm miał w swoim czasie zajadłych zwolenników, którzy uważali takie rozwiązanie za początek nowego szczęśliwego świata, pozbawionego cierpień klasycznych centrów: smrodu, głodu, morderstw i przede wszystkim potwornego ścisku. Należał do nich brytyjski urbanista Ebenezer Howard – twórca idei „miasta ogrodu”. Prezydent Hoover natomiast udowadniał, że nawet większość pięknych amerykańskich przebojów balladowych (popkultura po raz kolejny) dotyczy raczej małego białego domku na przedmieściu, a nie – apartamentowca w centrum. Może i fakt. Ale oprócz niebezpiecznych efektów anorektycznych, wywołujących martwicę centrum, ucieczka na suburbium niekoniecznie oznaczała raj za miastem, czyli sukces samego suburbium. Amerykański poeta Richard Wilbur życie na przedmieściach przedstawia jako ogłupiającą, somnambuliczną wegetację, którą porównuje do wiecznego, głębokiego „snu o śmierci”. Urbanista Lewis Mumford traktuje suburbia prawie jak tkankę rakową i nazywa „antymiastem”. Z kolei historyk Kenneth Jackson udowadnia, że podrzędność suburbium sygnalizowana jest już w samym słowie. Po polsku na pierwszy rzut ucha nie wiadomo, o co mu chodzi. Jeśli jednak uzmysłowimy sobie, że ścisłym tłumaczeniem „suburbium” byłoby nie „przedmieście”, tylko „podmieście” sprawa staje się jasna. Podmieście jak podczłowiek. Gorszy rodzaj. Gdy zestawimy to z ideą miasta wertykalnego, centrum pełnego wieżowców wyrażających potęgę, ambicję i dążenie człowieka do wznoszenia się na wyżyny, suburbianizm ze swoimi małymi białymi domkami i senną wegetacją w grillowym dymie wygląda rzeczywiście niepozornie.
Patrząc na zestaw miast, którym marnieją centra, chorujemy raczej w dobrym towarzystwie i na schorzenie od pewnego czasu na świecie znane. Pytanie – jak je leczyć. Można oczywiście odmalować centralne mury, odczernić kamienie, wymienić dachówki. Przypomina to jednak pudrowanie martwej tkanki. Jedyny pewny efekt to, że w trumnie wyglądać będzie ładnie, a chyba nie o to nam chodzi. Można też kłaść nowe drogi i remontować obecne. Ma to już lepszy efekt, bo część ludzi przyjedzie wówczas do centrum, chociażby przez pomyłkę albo z nadmiaru wolnego czasu. Jednak tak samo jak nowa tętnica doszyta do niesprawnej nerki nie przywróci jej sprawności, tak samo od samych dróg centrum nie odżyje. Kolejne usprawnienia transportu zwłaszcza autostradowego bez równoległych pomysłów na jądro rozwoju miasta są zresztą w ogóle uważane za nadgorliwość bez pokrycia. Badania okolic Melbourne pokazały, że bliskość autostrady i zjazdów nie ma żadnego wpływu na gospodarczy poziom danego obszaru.

OPERACJA: ZIELONY PIN ZIELONY
Gdy tkanka zmartwiała lub organ przestał funkcjonować niekiedy jedyną metodą jest przeszczep organu lub wszczepienie stymulatora. W przypadku centrów miast takimi stymulatorami są między innymi nowoczesne i innowacyjne centra handlowe. Towary i rozrywki zmieniają się przez wieki (niektóre bardziej, inne mniej lub wcale), ale ludzi zawsze gna, żeby zdobyć coś nowego; gna na polowanie w czasach wyprzedaży. Po coś lepszego. Po więcej. Zielony Pin Zielony. Jeśli się w taki naturalny pęd Homo Consumeris wstrzeli shopping mall z ambicjami i funkcjami daleko wykraczającymi poza hipermarket, centrum miasta odżywa. Ponownie nabiera zdrowej tkanki, łapie szybszy puls. Miasto oddycha pełniej. Oczywiście, nie wszystkie centra handlowe mogą to zdziałać. Nie każdy stymulator jest z najwyższej półki i nie każdy przeszczep się udaje. Ale niektóre się udają. Dlatego właśnie patrząc na żywotność naszego ulubionego deptaka, czyli Półwiejskiej w Poznaniu i w ogóle – tej części miasta, czas dzielimy na Przed Starym Browarem i W Czasach Starego Browaru. W tym przypadku mieliśmy szczęście do przeszczepu naprawdę światowej klasy. Ambitny, wielofunkcyjny obiekt może dać miastu nowy biegun i powód do chwały. Jeden z najgłośniejszych urbanistów amerykańskich, Joel Kotkin, za oznakę wielkości antycznego Rzymu uważa okazałość i klasę pięciopiętrowego targu Mercatus Traini, „prawdopodobnie pierwszego centrum handlowego na świecie”.
MAPIC: MIĘDZYNARODOWE SYMPOZJUM METROCHIRURGICZNE
Jak wyglądają najnowsze projekty coraz śmielszych centrów wielofunkcyjnych (nie tylko handlowych), można zobaczyć podczas międzynarodowych targów inwestycji handlowych MAPIC, które co roku w listopadzie odbywają się w Cannes. Targi te przeszły już zresztą do poznańskiej historii w niezasłużenie złej aurze po tym, gdy – jak doniósł w styczniu tego roku GŁOS WIELKOPOLSKI – przed paroma laty prezydent spędził na nich czas na koszt jednego z inwestorów. Gdyby prezydent Grobelny wybrał się na MAPIC w zeszłym roku i w sposób normalny (a nie – wg wzorów Trzeciego Świata), jego wizyta mogłaby miastu przynieść wiele dobrego. Znalazłby tam sporo materiałów do dyskusji na temat: czy stawiać jeszcze w Poznaniu centra handlowe, a jeśli tak – to jakie? Mógłby poprawić kilka błędów i nieścisłości dotyczących Poznania, które pojawiły się w broszurach promujących centra Łacina i Malta, bo dla wielu inwestorów były to pierwsze i jedyne informacje o naszym mieście. Mógłby też wpisać Poznań w platformę City Club. W klubie tym (ok. 50 miast z całego świata, nie wszystkie miały stoiska) prezentowano m.in. budowę systemu zarządzania kontaktem z inwestorami miasta Antwerpia, które całkiem niedawno miało bardzo podobne problemy do naszych i poradziło sobie z nimi w relatywnie krótkim czasie. Problemom centrów miast poświęcony jest zresztą w całości unijny projekt TOCEMA (sfinansowany ze środków Interreg III), w ramach którego miasta europejskie razem przeciwdziałają anoreksji i innym współczesnym schorzeniom urbanistycznym. Lider projektu, belgijska organizacja AMCV, właśnie na ostatnich targach MAPIC (a nie – np. targach promocji regionalnej) omawiał rolę centrów wielofunkcyjnych w rozwoju miast. Oczywiście, każde miasto jest inne. Podobnie jest jednak z ludźmi: każdy jest inny, a jednak żeby wyjść z zapalenia płuc czy anoreksji, lepiej pytać o zdanie kogoś, kto takie schorzenia przechodził i już z nich wyszedł niż kogoś, kto nigdy nie miał z nimi do czynienia.
ŻYCIE PO ZABIEGU
Pamiętajmy jednak, że to nie wszystko. Miasta są jak ludzie. A ludzie konkurują siłą mięśni oraz – przede wszystkim – wiedzą i umiejętnościami. Nawet z raźnie bijącym sercem (centrum) i zdrowymi arteriami, ale bez dobrego fachu nie damy sobie rady w XXI wieku. Nasze miasto i inne miasta w Polsce w końcu czeka nieubłagana redefinicja tożsamości i poszukiwanie specjalizacji. Zwalanie roboty na agencje reklamowe prowadzi donikąd. McCann Ericsson może stworzyć kampanię „Są rzeczy bezcenne”, ale nie tworzy samej karty kredytowej MasterCard. Osobowości i nowoczesnej ścieżki rozwoju Poznania w świecie nie wypracuje żadna agencja. Tętniące życiem centrum handlowe również za nas tego nie zrobi. Tak jak nie ma wielkich miast, które swój profil opierają głównie na sporcie, tak nie ma światowych metropolii, które starają się być tylko przystankiem na zakupy. Ani Poznań, ani żadne inne miasto w ten sposób metropolią się nie stanie.

© Design by Besquare | powered by Design`94.pl